piątek, 14 listopada 2014

rozdział 6

Nikt z początku nie zauważył dwójki uczniów, którzy wyłonili się z wejścia do lochów. Wszystkie oczy przechodzących skierowane były w zupełnie innym kierunku. Na schodach obok gabinetu woźnego siedziała dwójka chłopców, naturalnie ich znałam. Co nie oznacza, że ich lubię. Wymieniłam spojrzenie z Nicole, i tak dostałyśmy już szlaban więc małe wyładowanie się na tej dwójce nie może nam zaszkodzić. 
-Anteoculatia!- wypowiedziałam cicho zaklęcie kierując różdżkę na rudzielca, który na transmutacji podał profesorce moje nazwisko. A tak z innej beczki, uczy nas ona szósty rok a nadal nie zapamiętała osoby, która zawsze komentuje jej słowa z dużą dozą sarkazmu. Momentalnie wyrosło mu poroże na głowie jak u jelenia. Przerażone spojrzenie jego bliskiego przyjaciela, szczerze mnie rozśmieszało...wtedy uwaga przechodzących skierowała się na nich. Puściłam oko do znajomych przechodzących obok puchonów i krukonów zanosili się śmiechem na widok Weasleya. Nikt nie widział, oprócz Nicole że to ja rzuciłam zaklęcie, więc spokojnie oparłam się o jeden z pomników obserwując jak maca z paniką w oczach ręką swoje nowe poroże, zamiast od razu iść do skrzydła szpitalnego. Ale od kogo ja oczekuje zdolności logicznego myślenia? 
-Gustowne poroże Weasley, w końcu jakoś wyglądasz.- posłałam rudzielcowi sarkastyczny uśmiech.
-To wcale nie jest śmieszne, Lestrange...jak ja wejdę do pokoju? Przecież te rogi nie zmieszczą się w drzwiach.
-Ojej, myślisz, że mnie to cokolwiek interesuje? Biedny głupiutki Weasley.- odparłam. Posłałam Nicole porozumiewawcze spojrzenie. Stała ona w znacznej odległości, by dokończyć moją małą zemstę. Uniosła różdżkę i wycelowała w Weasleya. Poroże na jego głowie znacznie się zwiększyło, nie rozumiałam jak to mu nie złamało karku. 
-Teraz masz dopiero problem.- rzuciłam odchodząc.
******
Szłam po schodach w pewnej odległości od tej dwójki, która wychodziła z lochów a z całą pewnością nie była ślizgonami. Moja silna intuicja podpowiadała mi, że warto iść za nimi, ponieważ mogę dowiedzieć się czegoś przydatnego. Skrzywiłam się słysząc jak głośno  biegnie za mną Nicole.
-Martine, gdzie idziesz? Zaraz spóźnimy się na szlaban!
-Na brodę Merlina! Pucey, możesz nie iść jak olbrzym i weź się ucisz.- syknęłam nawet na nią nie patrząc. Wielkie mi co spóźnię się na szlaban u hinduski, ojej niech się nie popłacze z tęsknoty za moim towarzystwem.  
-Martine, czekaj dokąd właściwie idziemy?-spytała szeptem doganiając mnie. Nie odpowiedziałam jej. Sama nie wiedziałam. Nie widziałam najmniejszego sensu jej tłumaczyć, że bawię się w śledzenie jakiś dwóch osób. Domyśliłam się, że zniknęli za rogiem, ponieważ od dłuższego czasu nie widziałam nawet kawałka ich szat.
-Nie gadaj tyle, pośpiesz się.- ruszyłam przyspieszonym krokiem. Podsumowując szłam z jedną z przyjaciółek za kimś kogo nie znam, tylko dlatego, że moja niebywała intuicja dawała mi nie mal pewność, że mogę dowiedzieć się czegoś ciekawego, dodajmy do tego fakt o tym, że powinnyśmy być na szlabanie.  A z resztą jak to ujęłam wcześniej chrzanić szlaban. Doszłyśmy do rozwidlenia. Niech to szlag, za dużo czasu poświęciłam Nicole i teraz nie mam pojęcie, którędy oni poszli. Było tylko jedno słuszne rozwiązanie.
-Pucey idziesz w prawo a ja w lewo. Nie pytaj dlaczego jak byś coś albo kogoś zauważyła nie zwracaj na siebie uwagi, tylko daj mi znać wiesz jak.- mrugnęłam porozumiewawczo nie czekając na jej odpowiedź i zbędne pytania ruszyłam w obranym przez siebie kierunku. Kamienna posadzka wyglądała jakby nikt tędy nie uczęszczał od dawna, światło migotało z drewnianych pochodni zapalonych po bokach. Osoba z pierwszego roku mogłaby stwierdzić, że nikt tędy nie przechodził od setek lat, ale ja jako doświadczona szóstoroczna ślizgonka  od pierwszych dni wymykająca się na nocne spacery po Hogwarcie doskonale wiedziałam, gdzie ten korytarz prowadzi. Naturalnie do pokoju zagłady. Cóż za dźwięczna nazwa, nieprawdaż? Wiele razy byłam w tym pokoju, cóż tajemnicy jego nazwy nikomu nie mam zamiaru zdradzić, chociaż ja doskonale ją poznałam. Uznałam, że to byłaby naprawdę niezła ironia, jeśli podróżowaliby właśnie do tego pokoju. Szłam najciszej jak umiałam. Po 10 minutach dalszej drogi usłyszałam głosy, postanowiłam użyć na sobie zaklęcia kameleona i wślizgnęłam się do środka pokoju zagłady. 
-Ty tak na poważnie? Może w końcu mi wyjaśnisz po jaką cholerę chcesz się dostać do siedliska najjadowitszych z węży?!-spytał odwrócony do mnie tyłem niebieskowłosy chłopak ubrany w szaty barwach Gryffindoru. -Metamorfomag.- Przeszła mi przez głowę ta myśl. Z tego co wiedziałam w Gryffindorze obecnie był tylko jeden.  Ted Lupin. Cicho wypowiedziałam cisnące mi się na usta przekleństwo a zaraz potem jedno z licznych pogardliwych określeń. Okey, nie lubię gryfonów, a kilku to już w szczególności. Do tej licznej grupki zalicza się właśnie on-Ted Lupin, plugawy mieszaniec wilkołaka i czarownicy półkrwi, która była córką siostry mojej babci. Phy, wychowany przez tą zdrajczynię krwi. Nie dziwię się, że babcia Bella i cioteczna babcia Cyzia zerwały z nią kontakt, po tym jak ona ośmieliła się wyjść za szlamę. 
-Mój drogi Teddy, to jest oczywiste. Mam co najmniej kilka powodów.- roześmiał się klepiąc Lupina po plecach, chłopak o włosach czarnych jak pióra kruka. Znałam ten denerwujący głos. James Potter. Muszę przyznać, że teraz byłam jeszcze bardziej ciekawa o co im chodzi i dlaczego chcą się dostać do naszego pokoju wspólnego. Po za tym jeśli bym się dowiedziała szczegółów z chęcią bym popatrzyła jak dostają piękny długotrwały szlaban.
-Stary zaczynam serio niepokoić i zastanawiam się czy zostało ci coś  z mózgu. Przecież jak cię ktokolwiek z nich zastanie w ich pokoju wspólnym...-Lupin wydawał się poważnie zaniepokojony.
-To rzucę na niego Obliviate. Ale Teddy, ja tam muszę się dostać. Mam pewne powody.- odparł mu James rozglądając się po pokoju.
-Okey sądzę, że zgłupiałeś. Niby jak się tam dziś dostaniesz?
Potter w odpowiedzi wyciągnął płaszcz uśmiechając się do Lupina. 
-Aha, peleryna niewidka i wszystko jasne, ale jak wejdziesz do środka?
-Po prostu zgadnę ich hasło. Stawiam, że będzie coś o czystej krwi, albo poczekam aż jakiś ślizgon będzie wchodził albo wychodził i wtedy tam wejdę pod peleryną niewidką. 
Uśmiechnęłam się pod nosem, a więc Potter chce się dzisiaj włamać do domu węża. Ciekawe co profesor Slughorn powie na tą cenną informacje. Wyszłam równie cicho jak weszłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz