czwartek, 9 października 2014

Rozdział 1

Siedziałam na drewnianej ławce pod jednym z licznych drzew w parku, patrząc uważnie na dwie osoby, które najwyraźniej nie zdawały sobie sprawy z mojej obecności. Tym lepiej. Zerknęłam na srebrny zegarek w kształcie węża. Wskazywał godzinę 18...A więc za parę minut można zaczynać. Zmierzali w stronę altanki, otoczonej ze wszystkich stron krzewami róż, nie spuszczałam z nich wzroku. Nerwowo przygryzłam wargę. Na Merlina! Jak to możliwe, że o tej porze tyle osób kręci się w parku? Miejskiemu parkowi w Liverpoolu, trzeba było przyznać jedno: w przeciwieństwie do większości parków innych miastach ten był niezwykle zadbany. Najstarsze drzewa zostały oznaczone specjalnymi tabliczkami informującymi i płotkiem, ławki nie były pełne idiotycznych mugolskich napisów typu "JP" czy jakiś innych, które dla mnie nie miały żadnego sensu, po alejkach nie było po rozmiatanych śmieci, a na żadnym z drzew nie widniały wyryte scyzorykiem obrazki, napisy. Wygląd parku sprawiał, że naprawdę przyjemnie było tu przesiadywać. Widok i szum liściastych drzew, które istnieją tu od kilkudziesięciu lat. Potrząsnęłam głową. Na chwilę straciłam z oczu obserwowaną przez mnie dwójkę ludzi. Rozglądnęłam się szukając ich po tej części parku, którą miałam w zasięgu wzroku... Z olbrzymią ulgą stwierdziłam, że zmienili kierunek i zamiast do altanki usiedli trochę dalej. Niestety z mojego miejsca ledwo co było ich widać, a co dopiero słychać. Wstałam i jak to tylko możliwe bez najmniejszego szelestu podeszłam trochę bliżej. By nie zbudzać żadnych podejrzeń udawałam, że robię czemuś zdjęcia, udawałam ,że ich nie widzę i zupełnie nie słyszę gdyż miałam na uszach coś co mugole nazywają słuchawkami, które bez skrupułów zabrałam jakiemuś mugolowi, albo mówiąc bardziej precyzyjnie zmusiłam go do oddania mi ich. W rękawie cały czas miałam ukrytą różdżkę. Teraz wystarczyło tylko się odwrócić i wyszeptać jedno zaklęcie- Avada Kedavra. Znów uśmiechnęłam się na myśl co zaraz spotka tą dwójkę. Już miałam wyciągać różdżkę, zrobić jeden ruch , wypowiedzieć dwa słowa, gdy tknęło mnie przeczucie i spojrzałam nad nich. W oddali stały postacie w czarnych płaszczach, głowy przesłaniały kaptury, miałam wrażenie ,że uporczywie się we mnie wpatrują... Nie zrobiłam żadnego ruchu zobaczywszy ich. Od dwudziestu lat nikt nie widział ubranych tak postaci. Dwadzieścia lat temu zakapturzone postacie w czarnych płaszczach budziły lęk. Ale ja nie miałam czego się bać przecież je znałam, mimo że nigdy nie widziałam ich tak ubranych, bo powiedzmy sobie szczerze wtedy gdy na co dzień nosili te płaszcze nawet nie było mnie jeszcze na świecie.
-Martine...- usłyszałam wewnątrz mojej głowy dobrze znany mi głos i ton. Nie opuszczałam wzroku z zakapturzonych osób, ci ,których śledziłam od dawna nagle tak jakby przestali istnieć. Miałam ochotę podbiec do zakapturzonych osób, ale wiedziałam ,że nie mogę wykonywać gwałtownych ruchów inaczej wszystko, a zwłaszcza przykrywkę szlag jasny trafi.
-Zostaw ich. Masz jeszcze namiar...-odezwał się ponownie znany mi głos w mojej głowie.
-Nie spuszczaj nas z oczu i powolnym krokiem rusz w tym samym kierunku co my.- dodał drugi dużo wyższy od powszedniego głos. Zrobiłam to o co mnie poprosili. Patrzyłam jak powolnym krokiem kierują się do części parku, w której nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby przebywać dłużej niż kilka sekund. Chodziły pogłoski, że tu właśnie zaginęło sporo osób. Oczywiście wszyscy byli mugolami...ale to już inna sprawa. Niedługo po nich ruszyłam ich śladem, od czasu do czasu upewniając się ,że nie jestem śledzona.
-Martine.-usłyszałam teraz już nie za pomocą legilimencji, dawno niesłyszane głosy.
-Mama...Papa...-wyszeptałam powstrzymując z całych sił łzy szczęścia. -A jednak żyjecie...gdzie byliście przez tyle lat?- dodałam również szeptem. Nie ściągnęli kapturów z głów. Oczywista oczywistość...inaczej ktoś mógłby ich rozpoznać, gdyby jednak ktoś mnie śledził i zostaliby wsadzeni do Azkabanu. Zawsze trzeba zachować ostrożność.
-Żyć żyjemy Martine...-powiedział mój ojciec
-Ale tego gdzie się podziewamy nie możemy ci niestety powiedzieć.-dodała matka głaszcząc mój blady policzek.
-Rozumiem...-odparłam patrząc na ich zmienione zaklęciem twarze. Nastała minuta ciszy, która dla mnie trwała niemal całą wieczność. -Czy kiedyś będzie jak dawniej?- zapytałam, chociaż dobrze znałam odpowiedź.
-Tak...już nie długo.
To samo słyszałam sześć lat temu. Byli  moimi rodzicami, więc nie mogłam okazać im ,że wątpię by to było aż tak blisko. Chciałam ich o tyle spraw wypytać, ale ani jedno słowo nie przeszło mi przez gardło. Wyjęłam tylko małą białą kopertę i podałam im mówiąc 
-To od wujostwa. -wzięli kopertę bez słowa. Za nim się deportowali usłyszałam od nich tylko jedno zdanie "Miej jasne spojrzenie. Kto twarz zmienia, budzi podejrzenie." 

2 komentarze:

  1. Przeczytałem wszystkie 4 rozdziały i mam pytanie: Dlaczego rodzice Martine Lestrange trafili do Azkabanu?

    OdpowiedzUsuń
  2. O tym będzie mowa w kolejnych rozdziałach ;)

    OdpowiedzUsuń